Kategorie: Wszystkie | Siatkówka
RSS
sobota, 22 czerwca 2013

Gdybym nadawała recenzjom tytuły, ta nazywałby się: "Zmarnowany potencjał". Serial NBC spełniał bowiem wszelkie warunki, by odnieść sukces. Dla mnie jest niestety rozczarowaniem. 

 Źródło: http://seriesnews.biz.

Twórcy serialu postanowili przywrócić do życia świetnie sprzedającą się historię Hannibala Lectera - postaci rozsławionej przez Anthony'ego Hopkinsa w "Mileczniu owiec". Z jednej strony, z sięganiem po klasyczny sensacyjny thriller wiązało się ryzyko, że widzowie nie przekonają się do jego nowej odsłony, z drugiej jednak można było liczyć na przyciągnięcie przed telewizory fanów serii książek i filmów. Uzyskując prawa do adaptacji "Czerwonego smoka" Thomasa Harrisa, twórcy skupili się na relacjach Willa Grahama i dr Hannibala Lectera. 

Will Graham (Hugh Dancy) pełni rolę konsultanta FBI i pomaga w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Cechuje go rzadko spotykana intuicja i umiejętność "wejścia w skóry" morderców. Jednak w obawie przed negatywnymi efektami takiego zaangażowania, porucznik Jack Crawford (Laurence Fishburne) oddaje go pod swoistą obserwację dr Lectera (Mads Mikkelsen). Konstrukcja serialu jest typowa dla większości seriali kryminalnych - niemal w każdym odcinku bohaterowie usiłują poznać przyczynę nowej zbrodni. To wszystko uzupełniają spotkania Willa i Hannibala oraz... gotowanie.

Obsada stanowi ogromny plus serialu - znakomity, hipnotyzujący Lecter oraz rozchwiany i zmagający się ze swoimi demonami Graham. Na tle tych postaci, role drugoplanowe nie są zbyt wyraziste, chociaż poprawne. Wydaje mi się jednak, iż zmarnowano potencjał Gillian Anderson.

Podobał mi się również sposób przedstawienia punktu widzenia Willa Grahama, który w swojej wyobraźni dosłownie staje się mordercą. Sceny zbrodni są zresztą bardzo drastyczne - sam Dexter by się ich nie powstydził. Co więcej, każda kryminalna zagadka jest szokująca, a przy tym pomysłowa i przemyślana. Twórcy postarali się również o klimat rodem z "Milczenia owiec". Stroje, wystrój wnętrz, odpowiednio przygaszone zdjęcia nadają odcinkom niepowtarzalną atmosferę. Do tego, od czasu do czasu, na ekranie pojawiają się wytwory wyobraźni Willa, jak choćby złowieszcze jelenie.

Co zatem w serialu rozczarowuje? Niestety, scenariusz. W przypadku pilota i początkowych odcinków, można było oczekiwać, że "później będzie lepiej". Jednak im dalej w las, tym bardziej serial stawał się przegadany i przkombinowany. Najbardziej rozczarowują dialogi Willa i Hannibala, a także Hannibala i innych postaci. Tak jak w większości filmów i książek, Lecter jest postacią drugoplanową, a jednak to właśnie on jest najbardziej intrygujący. Jak więc wprowadzić go na stałe w życie bohatera pierwszoplanowego? Uczynić go jego psychologiem. Te terapeutyczne rozmowy mogłyby się sprawdzić w 2-3 odcinkach, ale nie wszystkich. Oglądając serial, odniosłam wrażenie, że brakuje w nim tempa i opiera się niemal wyłącznie na tych psychologicznych pogawędkach. Niemal wszyscy dmuchają i chuchają na zdrowie psychiczne Willa i w pewnym momencie staje się to nie tylko nudne, ale i śmieszne. Pondto, od około połowy serial zmierza ku jednemu, bardzo przewidywalnemu końcowi i przez to staje się jeszcze bardziej męczący.

Myślę, że moja opinia nie jest odosobniona - serial ten miał bardzo niską oglądalność w USA i szczerze mówiąc, zdziwiła mnie informacja, iż będzie on kontynuowany. Jest szansa, że twórcy ustrzegą się błędów z sezonu pierwszego, a może nawet zmienią się scenarzyści. Szkoda marnować taki potencjał.

Trzeci mecz Polaków i trzeci mecz przegrany. O ile w przypadku spotkań z Brazylią, porażki można się było spodziewać i tłumaczyć ją początkiem turnieju i rangą przeciwnika, o tyle wczorajsza przegrana jest całkowicie niespodziewana i rozczarowująca. Nie jest to oczywiście tak wielka klęska, jak choćby porażka w meczu z Australią na IO, ale Francja zajmowała do tej pory ostatnie miejsce w tabeli grupy A, przegrywając wszystkie swoje wcześniejsze mecze.

Źródło: eurosport.onet.pl, Łukasz Laskowski/Newspix.

Spotkanie od początku nie układało się dobrze dla polskich siatkarzy. Francuzi walczyli o każdy punkt, prezentując dobry poziom sportowy i walcząc o każdy punkt. W naszej drużynie znów dał o sobie znać brak koncentracji i niezgranie. Ten drugi problem wciąż mnie zaskakuje - bądź, co bądź, Polacy grają w niemal niezmienionym składzie od roku. Oczywiście szwankowało również rozegranie - niemal wszystkie piłki posyłane do Piotrka Nowakowskiego były za niskie, a gra skrzydłami nie przynosiła efektów. Na szczęście Łukasz Żygadło w porę się zreflektował i uruchomił środek i drugą linię. Mimo dużych kłopotów z rozegraniem, drużyna broniła się w innych elementach, co pozwoliło nam wygrać w drugim i trzecim secie. Za porażkę w czwartym obwiniam wyłącznie trenera.

W sytuacji, gdy zawodnicy są na boisku od dłuższego czasu, a we znaki daje się zmęczenie, to przy 4-5 punktowym prowadzeniu, zmiany są koniecznością. Dlaczego nie można było wprowadzić wtedy Michała Kubiaka, Kuby Jarosza lub Michała Ruciaka. Dlaczego pojawili się na boisku, gdy nierozgrzani mieli ratować beznadziejną już sytuację? Czemu w ogóle nie pojawił się Fabian Drzyzga? A potem set piąty znów rozpoczęła podstawowa szóstka, która jeszcze nie odpoczęła, ani nie podniosła się po porażce w secie czwartym.  Jest to dla mnie o tyle nie zrozumiałe, ponieważ Andrea Anastasi doskonale wie, jak i kiedy robić dobre zmiany. To właśnie szeroka ławka zawodników rezerwowych pozwoliła nam odnieść sukces w Pucharze Świata. 

Wczoraj dużo mówiło się o słabym występie Zbyszka Bartmana i fakcie, że nie był on zmieniany przez trenera. Nigdy nie byłam fanką tego zawodnika, ale wczoraj kilka razy zdarzyło mu się zrezygnować z uderzania z całej siły w blok, do tego zdobył najwięcej punktów, miał dwa skuteczne bloki, a jego skuteczność w ataku wyniosła 46%. Zagrał nienajlepiej, ale taki był poziom gry całego zespołu. Co do braku zmian, to należy pamiętać, że to właśnie Andrea Anastasi zmienił pozycję Zbyszka Bartmana, tym samym całkowicie zmieniając jego karierę. Rezygnacja z niego, byłaby przyznaniem się do błędu. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się jeszcze kiedyś miejsce w kadrze dla Mariusza Wlazłego.

Swoją drogą, trener naszej reperezentacji tłumaczy problemy zespołu słabą formą fizyczną. W ten sposób można by było wyjaśnić niską skuteczność pierwszego ataku, ale nie brak koncentracji i niezgranie.

Z innych rzeczy, które nie podobały mi się w tym meczu: taktyka serwowania w libero (nigdy tego nie zrozumiem), ryzykowanie na zagrywce, mimo bardzo niskiej skuteczności w całym meczu (Michał Winiarski) i ze spraw pozasportowych: ogłuszające wygwizdywanie Francuzów przez polskich kibiców (przecież grali u siebie!).

Na koniec, dzisiejszy stan tabeli grupy A:

  • Brazylia - 11 punktów (4 mecze),
  • USA - 8 punktów (4 mecze),
  • Bułgaria - 5 punktów (2 mecze),
  • Francja - 4 punkty (5 meczów),
  • Argentyna - 3 punkty (4 mecze),
  • Polska - 2 punkty (3 mecze). 

 

Z ciekawostek: zaprezentowano duńską maskotkę Mistrzostw Europy w Piłce Siatkowej Polska-Dania. Oto łabędź HC (H.C. Andersen):

 

Żródło: cev.lu.

wtorek, 11 czerwca 2013

W sieci zadebiutował pierwszy zwiastun filmu "Hobbit: The Desolation of Smaug", funkcjonującego jak na razie pod polskich tytułem: "Hobbit: Pustkowie Smauga". I? I mam mieszane uczucia.  

 

Tak to już jest w przypadku adaptacji słynnych książek, że każdy czytelnik ma własne wyobrażenia i nie zawsze to, co dostaje w kinie go zadowala. Nie mam jednak zamiaru narzekać na zmiany w fabule czy choćby dodanie nowych postaci (Tauriel). Należało się z tym liczyć, zwłaszcza odkąd ekranizacja okazała się być trylogią. Czego więc oczekiwać w jej środkowej części? Zapewne scen w Esgaroth, Dol Guldur, Mrocznej Puszczy i dialogów pomiędzy Bilbem a Smaugiem. Jako, że na dwugodzinny film wątków może zabraknąć, widzowie otrzymają kontynuuację potyczki krasnoludów z Azogiem i innymi orkami. By historia nie była zbyt męska, pojawi się natomiast elfia wojowniczka (zapewne strażniczka) Tauriel. Taki zarys fabuły jak najbardziej mi odpowiada.

Jestem natomiast rozczarowana aspektem wizulanym filmu. Niestety, tak jak pierwsza część trylogii, zwiastun drugiej obfituje w komputerowo generowane efekty. Z rozrzewnieniem wspominam, gdy Peter Jackson mówił o wyższości makiet, tradycyjnej charakteryzacji i kostiumów nad CGI. Nie mam nic przeciwko generowanym komputerowo efektom, jeśli są naturalne. Te nie są - wszystko wydaje się plastikowe i sztuczne. Czy taki krok ma na celu ogarniczenie kosztów? Nawet jeśli, to w przypadku filmu, który przyniesie jego producentom krociowe zyski, koszty nie powinny stanowić problemu. 

Kolejna sprawa to zastanawiąca koncentracja na elfach - zwłaszcza Legolasie (bardzo nieumiejętnie komputerowo odmłodzonym) i Tauriel, którzy nie są kanonicznymi bohaterami "Hobbita". Czy uwaga widza nie powinna koncentrować się na Bilbie i krasnoludach, zamiast na mocno rozjaśnionych oczach Legolasa? Co do Tauriel - niestety wygląda ona na bohaterkę gry komputerowej fantasy, a nie tolkienowskiego uniwersum. Jej rude włosy i zielony strój kojarzą mi się z "Merdią Waleczną", a lot w powietrzu z odsłoniętymi nogami z "Xeną: wojowniczą księżniczką". Zresztą, elfowie latający w powietrzu i biegający po drzewach niczym Na'vi? Naprawdę?

Nie podoba mi się również kolorystyka zwiastunu. Wprawdzie Mroczna Puszcza i Dol Guldur wyglądają dobrze, pozostałe lokacje utrzymują ton pierwszej części trylogii - ich kolory są zbyt nasycone, jaskrawe, sielankowe. Jak już wcześniej pisałam - we "Władcy Pierścieni" urzekały mnie przytłumione światła, nadające filmowi wspaniały fantastyczny charakter. W "Hobbicie" niezmiernie tego brakuje. Cyfrowe zdjęcia są czystsze i mają żywe kolory, ale od czego jest color grading.

Podoba mi się natomiast przedstawienie Thranduila i architektura poszczególnych miejsc. Smok mógłby wyglądać lepiej, ale głos Benedicta Cumberbatcha tchnie w niego życie.

Liczę na pozytywną niespodziankę i wierzę, że Peter Jackson mnie nie zawiedzie.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Ach, cóż to był za mecz! Muszę przyznać, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej na meczu reprezentacyjnym, na którym byłam, była tak wspaniała atmosfera. Również w przerwach organizatorzy dbali o to, by kibice się nie nudzili. Hala była niemal pełna i sądząc po flagach, do Łodzi przyjechali fani siatkówki z całej Polski. Trzeba przyznać, że miałyśmy szczęście kupując bilety - miejsca były bardzo dobre.

Źródło: europsoer.onet.pl, PAP/Grzegorz Michałowski.

Ze zdartym gardłem i obolałymi rękoma trzeba jednak na chłodno przyjrzeć się grze naszej reprezentacji. Zgodnie z deklaracjami, siatkarze przygotowywali formę na Ligę Światową, nie odpuszczając sobie tej imprezy na rzecz Mistrzostw Europy. Skoro tak, to ich gra powinna wyglądać dużo lepiej. Oczywiście to dopiero początek turnieju, ale przecież w każdym meczu trzeba walczyć o punktu. Co więcej, na polskich siatkarzach spoczywa brzemię obrońców tytułu. Wiele osób (w tym ja) uważa, że Polacy zaprezentowali się tak świetnie w zeszłorocznej Lidze Światowej, gdyż inne drużyny przygotowywały szczyt formy dopiero na Igrzyska w Londynie. Dlatego, jeśli siatkarze nie poprawią swojej gry, takie komentarze o wygranej "fuksem" nie ucichną.

Zarówno w pierwszym meczu Serbami, jak i w obu meczach z Brazylią, Polska reprezentacja miała relatywnie niską skuteczność w ataku (zwłaszcza z kontr), problemy z przyjęciem oraz rozegraniem (co w pewnej mierze wynikało ze słabego przyjęcia). Najbardziej jednak rzucał się w oczy chaos i niezrozumiałe niezgranie.

Po raz kolejny słabym punktem był Zbyszek Bartman. Niestety zapomina on często o tym, że punkty zdobywać można również dzięki uderzeniom technicznym, a nie tylko siłowym. Zresztą atak nie jest jego naturalną pozycją. W takich chwilach wypada zapytać: gdzie jest Mariusz Wlazły? Nie popisał się również Łukasz Żygadło, bardzo często sprowadzając grę wyłącznie do wystaw na skrzydła. Trzeba jednak pamiętać, że w wielu momentach rozegranie uniemożliwiało słabe przyjęcie. Niezrozumiała była również dla mnie decyzja odesłania Bartka Kurka do kwadratu rezerwowych.

Na koniec problem najistotniejszy - strategia Andrei Anastasiego. A strategia ta brzmi: stawiam na pierwszą szóstkę. Nie należy jednak zapominać, że właśnie takie podejście było jedną z przyczyn naszej porażki na Igrzyskach Olimpijskich. Nie można przecież unikać zmian w sytuacji, gdy żaden z zawodników na boisku nie daje pewnego przyjęcia. Swoją drogą, zostawianie niekrytego końca boiska przy zagrywce, to igranie z ogniem. 

Mimo, iż przegraliśmy był to świetny mecz i wspaniała zabawa. Nie mogę się już doczekać meczów Mistrzostw Świata w Łodzi.

sobota, 08 czerwca 2013

Jestem fanką "epickiej" muzyki filmowej. Jednak zazwyczaj muzyka użytkowa, wykorzystywana w zwiastunach filmowych (tzw. muzyka trailerowa, zwiastunowa), jest bardziej wyrazista niż ścieżka dźwiękowa filmu. Do najczęściej używanych utworów należą: "Redrum" - Immediate Music, "Come See the Paradise" Randy'ego Edelmana i "Tightwire" również autorstwa Immediate Music. 

Poniżej zamieszczam listę moich ulubionych utworów - bardzo starałam się ją ograniczyć, ale nie do końca się to udało.

Immediate Music - With an Iron Fist (utwór wykorzystany m.in. w zwiastunie filmu "Harry Potter i Książę Półkrwi")

 

Immediate Music - With Great Power

 

Immediate Music - Lacrimosa (utwór wykorzystany m.in w zwiastunie "Spidermana 2")

 

Two Steps from Hell - Protectors of the Earth

 

Two Steps from Hell - Nero i poniżej zwiastun filmu "Anna Karenina"

 

Two Steps from Hell - Heart of Courage (utwór wykorzystany przy prezentacji drużyn na Euro 2012;))

 

Two Steps from Hell - Moving Mountains

 

Two Steps from Hell - Black Blade

 

Audiomachine - Guardians at the Gate (utwór użyty m.in. w zwiastunie "Avatara")

 

Audiomachine - House of Cards

 

X-Ray Dog - The Vision (wykorzystany w zwiastunie "Pokuty")

 

X-Ray Dog - Here Comes the King wersja chóralna (wykorzystany m.in. w zwiastunie "Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa")

 

X-Ray Dog - The Prophet

 

X-Ray Dog - Voices Over War (utwór wykorzystany m.in w zwiastunie filmu "Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły") 

 

Danny Cocke (Riptide Music) - World Collapsing, a poniżej zwiastun "Królewny Śnieżki i Łowcy"

Dla porównania: Zack Hemsey - Mind Heist 

 

A skoro jesteśmy już przy "Incepcji", jednym z moich ulubionych utworów jest ścieżka dźwiękowa pierwszego zwiastuna tego filmu.

 

Position Music - Hold The Line... Fire At Will

 

Christopher Field - Gothic Power, poniżej w zwiastunie filmu "Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia"

 

Clint Mansell - Lux Aeterna (ścieżka dźwiękowa filmu "Requiem for a Dream"). Dawniej utwór ten królował jako podkład większości fanowskich filmików na YouTube. Poniżej wersja "Requiem for a Tower" w zwiastunie filmu "Władca Pierścieni: Dwie Wieże".

 

Hans Zimmer - Legendary (muzyka użyta w zwiastunie filmu "Mroczny Rycerz powstaje")

 

Steve Jablonsky - My Name is Lincoln - utwór pochodzi ze ścieżki dźwiękowej filmu "Wyspa" i jest coraz częściej wykorzystywany jako motyw muzyczny w zwiastunach filmowych.

 

Veigar Margeirsson - Road to Victory

 

Danny Elfman - Wolf Suite Pt.1 - utwór wchodzi w skład ścieżki dźwiękowej filmu "Wilkołak" i został świetnie wykorzystany w zwiastunie "Szpiega".

 

The Cinematic Orchestra - Arrival of the Birds - pochodzi z filmu "The Crimson Wing: Mystery of the Flamingos" i jest coraz częściej wykorzystywany.

sobota, 18 maja 2013

Pisanie dwóch prac magisterskich, nie pozwala mi na częste zaglądanie na bloga. Wypada jednak czasami coś napisać. Tym razem będzie to recenzja filmu J.J. Abramsa W ciemność. Star Trek.

 

RECENZJA NIE ZDRADZA SZCZEGÓŁÓW FABUŁY I NIE JEST PISANA Z PERSPEKTYWY FANA. 

Źródło: stopklatka.pl

Akcja filmu rozpoczyna się na porośniętej czerwoną roślinnością planecie. Załoga Enterprise pragnie ochronić zamieszkujące ją plemię przed zgubnymi skutkami erupcji wulkanu. Misja ratunkowa kończy się jednak złamaniem zasady nieingerencji w rozwój prymitywnych kultur, co też Kirk przypłaca utratą stopnia kapitana. W międzyczasie, w Londynie ma miejsce atak terrorystyczny na obiekt należący do Gwiezdnej Floty. Odpowiada za niego jeden z jej agentów - John Harrison. Ponownie zjednoczona załoga Enterprise wyrusza w pościg za zamachowcem. 

Nie jestem fanką Star Treka i nie znam większości wcześniejszych filmów czy serialu. Niemniej jednak, na W ciemność. Star Trek czekałam z niecierpliwością. Przekonały mnie świetne zwiastuny, a poza tym bardzo podobał mi się pierwszy film J.J. Abramsa z 2009 roku. Nie zawiodłam się, ale oczekiwałam czegoś innego. Zwiastuny nie tylko upraszczają film, ale są bardzo mylące. Wydarzenia w nich przedstawione zazwyczaj nie są ze sobą związane, a część z nich, nie jest taka, jaką się wydaje. W ciemność. Star Trek nie jest również tak mroczny, jakby wskazywał na to tytuł. To raczej lekki, letni film przygodowy osadzony w kosmicznych realiach.

Twórcy nie ustrzegli się dziur logicznych (przynajmniej dwóch poważnych), a wiele scen mogłoby być poprowadzonych inaczej (niektóre w ogóle nie powinny mieć miejsca, jak choćby ta, w której Alice Eve występuje w bieliźnie). Niemniej jednak film jest dobrze zrównoważony - szybkie tempo i wiele scen akcji, nie przytłaczają. Warto również zwrócić uwagę na wizualną stronę W ciemność. Star Trek - efekty specjalne robią wspaniałe wrażenie, czy to w postaci futurystycznych miast, czy kosmicznych bitew.

To, co najbardziej udało się J.J. Abramsowi w tym, jak i poprzednim filmie, to skompletowanie obsady. Relacja między Kirkiem (Chris Pine) i Spockiem (Zachary Quinto) zostaje pogłębiona. Obie postaci ewoluują – zawadiacki Kirk zmuszony jest do podjęcia trudnych, dorosłych decyzji, a Spock zmaga się ze swoją dwoistą naturą. Wśród pozostałych członków załogi, więcej czasu ekranowego przypada porucznik Uhurze (Zoe Saldana), Hikaru Sulu (John Cho) oraz Scotty’emu (Simon Pegg), który wnosi do filmu wiele humoru. Pozostali bohaterowie zostali zepchnięci na dalszy plan.

Największe wrażenie robi jednak Benedict Cumberbatch, wcielający się w postać czarnego charakteru – Johna Harrisona, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele. Utożsamia on zarazem inteligencję, jak i siłę fizyczną. Trzeba przyznać, że Cumberbatch „kradnie” wszystkie sceny, w których występuje. Jest magnetyzujący, zwłaszcza w dialogach z Chrisem Pinem. Niemniej jednak, jego potencjał jest tylko częściowo wykorzystany. Postaci Johna Harrisona brakuje głębi, tła tłumaczącego jego działania. Oglądając zwiastuny, spodziewałam się, iż będzie on stanowić oś fabularną filmu. Niestety, tak się nie dzieje. Nawiązanie do współczesnych problemów z terroryzmem również nie jest właściwie wyeksponowane (film ten w głównej mierze stawia na szybką akcję, a nie uniwersalne przesłanie).

W ciemność. Star Trek świetnie wpasowuje się w kanon letnich blockbusterów. To lekkie, pełne akcji kino przygodowe, ze znakomicie zarysowanymi postaciami i ciekawą fabułą. Jest to jednak również film niewykorzystanego potencjału. Jest dobry, ale naprawdę niewiele zabrakło, by był bardzo dobry.

czwartek, 07 marca 2013

Jednoczesne pisanie dwóch prac magisterskich sprawiło, że przez dłuższy czas byłam niestety na bakier z bieżącymi wydarzeniami politycznymi (abdykacja papieża), sportowymi (koniec medalowych szans dla PGE Skry Bełchatów) czy kulturalnymi (85. ceremonia oscarowa). Pora to nadrobić. Na początek - recenzja "Les Misérables".

Plakat pochodzi z portalu: www.impawards.com.

Film Toma Hoopera jest ekranizacją musicalu Claude'a-Michela Schönberga, będącego całkiem wierną adaptacją powieści "Nędznicy" Victora Hugo. Ten wielowątkowy utwór przedstawia szeroki obraz społeczeństwa porewolucyjnej Francji (występujące w nim nierówności, biedę i wykluczenie). Zwraca uwagę na aspekt moralności, możliwość przemiany każdego człowieka oraz znaczenie Boga w jego życiu. Uniwersalne przesłanie powieści znalazło odbicie w jej licznych scenicznych bądź filmowych adaptacjach. Najbardziej znaną jest brytyjska wersja musicalu "Les Misérables", wystawiana w Londynie nieprzerwanie od 1985 roku. Sukces sceniczny nie musiał jednak przełożyć się na kinowy. Przyznaję, gdy ogłoszono obsadę, byłam pełna obaw. Niepotrzebnie - "Les Misérables" to musical w starym, dobrym stylu.

Na początek jednak ostrzeżenie dla osób, które za tego typu widowiskami nie przepadają. "Les Misérables" to nie tylko pieśni, ale i śpiewane dialogi. Nawet dla mnie - fanki musicali - zabieg ten wydawał się ryzykowny. Przyzwyczajenie się do tej formy zajęło mi kilka minut. Przyznaję, iż niektóre zdania lepiej brzmiałyby, gdyby zostały wypowiedziane, a nie zaśpiewane.

Fabuła powieści jest, a przynajmniej powinna być, powszechnie znana, przejdę zatem do sposobu jej przedstawienia. Hooper postawił na bogatą scenografię, piękne kostiumy, wierność wyobrażeniom epoki. Spektakularne, wręcz "epickie" ujęcia współgrają ze znakomitą muzyką Schönberga. Kluczowy aspekt to jednak śpiew i sposób interpretacji postaci. Sceniczne wersje musicalu koncentrowały się na eksponowaniu możliwości głosowych wykonawców. Widzowie tego właśnie szukali w teatrach - ponadprzeciętnych popisów wokalnych. Inaczej rzecz się ma w przypadku filmu. W obsadzie znaleźli się "śpiewający" aktorzy, jednak w większości przypadków ich warsztat nie mógł równać się z poziomem prezentowanym przez wykonawców teatralnych. Reżyser postawił więc na ekspresję i akcentowanie emocji. W rezultacie, często można usłyszeć rwane i nieczyste dźwięki, w pełni oddające jednak nastrój postaci. Taka forma realizacji udaje się dzięki licznym zbliżeniom, niemożliwym do uzyskania na scenie. Spotkałam się z opinią, iż duża liczba bliskich ujęć jest wadą filmu. Rzeczywiście, chwilami można odnieść wrażenie, iż aktorzy "krzyczą" na widza wprost z ekranu. Zabieg ten jest potęgowany przez spojrzenia na kamerę lub tuż obok niej. Niemniej jednak, uważam, że bez tych ujęć, właściwe przedstawienie emocji bohaterów nie byłoby możliwe.

Rola Jeana Valjeana, byłego galernika, skazanego za kradzież chleba, została powierzona Hugh Jackmanowi. Wątpliwości, co do jego umiejętności wokalnych powinien rozwiać ten występ:

Australijski aktor wywiązał się z powierzonego zadania. Skala i barwa jego głosu nie ustępowały poziomowi interpretacji. Wykonania "Valjean's Soliloquy" i "Who Am I" należą do jednych z najlepszych. Mistrzowską wersją "Bring Him Home" pozostanie dla mnie jednak wykonanie Colma Wilkinsona. 

Russell Crowe wcielił się natomiast w postać głównego antagonisty - Javerta. Uważa się go za "najsłabsze ogniwo" obsady. Nie mogę się z tym zgodzić - aktor nie próbował dorównać wokalnie Philipowi Quastowi, ale skoncentrował się na interpretacji postaci. Przysięga "na gwiazdy" w jego wykonaniu wydaje się bardzo osobista.

Gwiazdą filmu (nawet oscarową) jest jednak Anne Hathaway. Grana przez nią Fantyna to młoda matka, która walcząc o dobro dziecka, stopniowo odzierana jest z godności. "I Dreamed A Dream" w jej wykonaniu uważam za najlepsze, jakie słyszałam. Aktorka nie stara się bowiem zaprezentować pełni swoich wokalnych umiejętności, ale znakomicie oddaje emocje. Ujęcie jej zrozpaczonej twarzy jest prawdziwie przejmujące.

Wśród innych członków obsady na wyróżnienie zasługują: Eddie Redmayne jako Mariusz Pontmercy (wspaniałe wykonanie "Empty Chairs At Empty Tables"), Aaron Tveit jako Enjolras - dowódca jednej z barykad oraz młodzi, a przy tym bardzo naturalni aktorzy - Daniel Huttlestone grający Gavroche'a i Isabelle Allen, wcielająca się w młodą Cosette. Lekkości tej smutnej historii dodają kreacje Heleny Bonham Carter i Sachy Barona Cohena. Komediowy wątek małżeństwa Thénardierów sprawia, że oglądane na ekranie wydarzenia, wydają się mniej przytłaczające. Role Cosetty i Eponiny nie należą do moich ulubionych. Alt Amandy Seyfried jest dla mnie męczący, a popowa barwa głosu Samanthy Barks wydaje się być niedopasowana do względnie operowych głosów innych aktorów.

Wiele z solowych pieśni wykonywanych jest w konwencji teatralnej - aktorzy będąc samemu w pomieszczeniu, niczym na scenie, śpiewają swoiste monologi. Niemniej jednak, najlepiej prezentują się pieśni zbiorowe. Moje ulubione to: "Do You Hear The People Sing?", "One Day More" i "At The End Of The Day".

Musical wywarł na mnie duże wrażenie, nie jest jednak wolny od błędów. Oglądając go, nie czułam wagi przedstawionych wydarzeń - konfrontacja Valjeana i Javerta, powstanie republikanów czy wreszcie zła sytuacja niższych warstw społeczeństwa stanowią tylko tło dla pieśni. Co więcej, osoby niezaznajomione z utworem, mogą mieć problemy z płynnym przejściem między różnymi wątkami filmu.

Bez względy na wady, "Les Misérables" to klasyczny, chwilami wręcz zachwycający musical. Każdy, kogo nie odstrasza śpiew w filmach, powinien go zobaczyć.

Na koniec: kwestia tytułu. Po raz kolejny zastanowił mnie wybór dystrybutora. Tytuł "Les Misérables" wykorzystuje renomę spektaklu. W Polsce zarówno musical, jak i powieść znane są pod mianem "Nędznicy". Dystrybutor nie zdecydował się jednak na jedno określenie - wybrał: "Les Misérables Nędznicy", czyli po prostu "Nędznicy Nędznicy".

czwartek, 31 stycznia 2013

Bo przecież się nie uczy... I muszę przyznać, że z roku na rok jest gorzej. Jeśli na początku studiów jeszcze czasami obiecywałam sobie, że zacznę się uczyć wcześniej, tak obecnie nawet się już nie oszukuję. Zgoda, bywają przedmioty, dzięki którym poszerzyła się moja wiedza, ale pozostałe? Zasada czterech P działa w najlepsze. Nie pomaga fakt, że zawsze dostaję idealnie napisane notatki (o których za kilka lat zapewne będą krążyć legendy), czy studiowanie dwóch kierunków. To drugie sprawia wręcz, ze podwójnie się nie chce. Mogłabym napisać o stanie polskiej edukacji wyższej czy braku przełożenia uczelnianej teorii na praktykę. Tyko po co? W tym temacie napisano już wszystko, a wydaje mi się, że zaradny student zawsze poradzi sobie w życiu. Jeśli studia czegoś uczą, to kombinowania i zaradności.

Ale wracając do tematu: co robi student zamiast zakuwania? Ja rezygnuję z wychodzenia, nie gram w gry i nie oglądam filmów - trzeba stwarzać pozory, że nie marnotrawi się czasu całkowicie. Film nie, ale serial? Przecież jeden odcinek trwa zazwyczaj tylko godzinę. A potem jest kolejny i kolejny. Dobry patent to sprzątanie. Mój dom ostatni raz był tak czysty w Święta Bożego Narodzenia. Nie jestem wielką fanką gotowania, ale dzień przed egzaminem to właśnie ten idealny czas, żeby wypróbować "ten wspaniały" przepis Gordona Ramsaya albo po raz pierwszy w życiu upiec tartę. W końcu jednak nadchodzi moment, gdy zaczyna się czytać notatki. Pierwsze pięć stron potrafi studenta poważnie przytłoczyć, sprawdza więc pocztę w poszukiwaniu krótszej wersji. Odpalenie przeglądarki to jak otwarcie puszki Pandory. Ciekawe staje się absolutnie wszystko (i nie mam pojęcia jak znalazłam się na Allegro w kategorii kobiece nakrycia głowy). Kiedy już przejrzy się Kwejka, Besty, JoeMonstera, Wykop i setki innych portali, następuję nierówna walka z notatkami. W tym roku studenci mają nawet trudniej - hitem stały się bowiem żubry.

Kiedy w nocy dyskutujesz o szarżujących dzikach, długonogich sarenkach i statecznych żubrach, wiesz, że to sesja. Kiedy pierwsza informacja, jaką otrzymujesz rano to: "zajączki były u żubrów", wiesz, że to sesja. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że żubry naprawdę wciągają. Dla zainteresowanych, których jeszcze nie dotknęła "żubrza choroba", zwierzęta z Puszczy Białowieskiej można oglądać tu: http://www.lasy.gov.pl/zubr

A oto fenomen oglądania żubrów w całej okazałości:

Swoją drogą, wzmożony ruch na serwerach nie umknął uwadze pracownikom Lasów Państwowych:

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.facebook.com/CoRobiaZubry?ref=stream.

Ale, ale - szybko pojawiły się alternatywne propozycje dla miłośników dzikiej (i nie tylko) przyrody:

  • wilki z estońskiego lasu - http://pontu.eenet.ee/player/siga.html
  • pandy - http://kids.nationalgeographic.com/kids/animals/panda-cam/
  • pingwiny - http://seaworldparks.com/seaworld-orlando/Antarctica/Empire-of-the-Penguin/Penguin-Cam
  • surykatki - http://cam.maritimeaquarium.org:8181/ViewerFrame?Resolution=640x480&Quality=Clarity&Size=STD&Language=0&Sound=Enable &Mode=JPEG&RPeriod=65535&SendMethod=1&View=Full (link do złączenia)
  • osiołki - http://www.donkeysanctuary.org/ezel_webcam.html

Abstrahując od spraw żubrów i innych zwierząt, sesję znakomicie opisują te filmiki (zwracam uwagę na datę dodania pierwszego z nich - przez lata nic się nie zmieniło):

Żeby się bardziej zmotywować:

A na koniec:

sobota, 26 stycznia 2013

Niestety, kryzys w PGE Skrze Bełchatów trwa nadal i nic nie wskazuje na to, że nastąpi poprawa.

Mimo, iż sesja w pełni, nie mogłam ominąć środowego meczu. Liczyłam na krótkie spotkanie, zakończone wynikiem 3:0 lub 3:1. Tak się jednak nie stało.

Słabnąca forma bełchatowian sprawiła, że można się było spodziewać przegranej z Arkasem w meczu wyjazdowym (zwłaszcza przez wzgląd na zeszłoroczny skandal w hali w Izmirze) czy porażki z "kolejnym" przeciwnikiem - Zaksą Kędzierzyn-Koźle. Jednak przegranej w Atlas Arenie nie spodziewał się chyba nikt. 

Głównym problemem była słaba skuteczność w ataku i niekończenie pierwszych piłek. Szwankowało również rozegranie i zagrywka. Zawodnicy nie potrafili utrzymać uzyskanych przewag punktowych - ich gra była bardzo niestabilna. Trener próbował ratować mecz licznymi zmianami, które nie przynosiły poprawy. Co bardzo niepokojące, uważam, ze w drużynie panowała/panuje nieciekawa atmosfera i brakowało sportowej walki.

Tłumaczenia Jacka Nawrockiego, że zawodnicy nie mogli się właściwie przygotować, że są kontuzje i brak czasu, tylko pogarszają sytuację. Trener robi dobrą minę do złej gry - to nie był przecież pierwszy mecz w tym sezonie, w którym Skra zagrała źle.

Jak zwykle w takich chwilach, szuka się winnych. Ja główną winą obarczam politykę kadrową Skry (więc zarówno trenera, jak i prezesa klubu). Pierwszą złą decyzją była rezygnacja z poszukiwania "rasowego" trenera po odejściu do reprezentacji Polski Daniela Castellaniego. W ten sposób trenerem najlepszego polskiego klubu został asystent. Przyszło mu jednak działać w nieco innym otoczeniu - liga się wzmocniła, kluby stały się bogatsze i zaczęły walczyć ze Skrą bez kompleksów. W Bełchatowie po latach "dobrej koniunktury" zapomniano jak to jest przegrywać, co zostało brutalnie przypomniane przez inne drużyny.

Klub postawił na młodych, perspektywicznych zawodników, rezygnując z dobrze spisujących się i doświadczonych: Stéphane'a Antigi i Miguela Falasci. Pierwsza zmiana była podyktowana wiekiem Stéphane'a i tym, że czas przed odejściem spędził głównie na ławce rezerwowych. Z perspektywy czasu i pozycji tego zawodnika w Deleccie Bydgoszcz, Skra zapewne żałuje swojej decyzji. W przypadku Miguela Falasci sprawa wygląda jeszcze bardziej nieciekawie. Doskonale pamiętam, jak bardzo krytykowany był Miguel. Trzeba jednak pamiętać, że rozgrywający potrzebują dużo więcej czasu niż inni zawodnicy, by zgrać się z drużyną. I kiedy to "zgranie" nastąpiło, Skra pozbyła się Falasci.

Strata rozgrywającego, odejście Możdżonka (najwyraźniej w niezbyt dobrej atmosferze) i Kurka, oznaczały znaczną reorganizację drużyny. Skra próbowała pozyskać De Cecco, ale niezdecydowanie i przeciąganie sprawy uniemożliwiły ten transfer. Postawiono na Vincicia i Calę, ale nie dostali oni wystarczająco dużo czasu, by mogli się rozwinąć. Za brak konsekwencji płaci się nie tylko stratami finansowymi, ale też brakiem wymiernych wyników i pogorszeniem atmosfery w drużynie.

Atmosfera to kluczowa kwestia, jeśli Skra chce skończyć sezon powyżej piątego miejsca. Z wypowiedzi zawodników wynika, że ostatnie przegrane bardzo ich przytłoczyły. Nie wiadomo, więc, czy uda się im jeszcze wskrzesić ducha walki. Naprawdę obawiam się o fazę play-off.

Wszystko to było potęgowane przez nietrafione decyzje trenerskie Jacka Nawrockiego. Zmienił on nominalne pozycje zawodników, a po zakupie Cali niemal nie pozwalał mu grać (jak wcześniej Kooistrze czy Cupkovićowi).

Chociaż sztab Skry nie stanął na wysokości zadania w tym roku, a w wielu przypadkach pokazał brak stylu (rozstanie z Możdżonkiem czy Vinciciem), to w sprawach marketingowych, nie ma on sobie równych w Polsce, a i pewnie w Europie. W trakcie spotkania kilkakrotnie prezentowno nam nowy hymn drużyny (śpiewany na żywo przez Marcina Spennera). Choć wolę hymn nieoficjalny, to muszę przyznać, że ten również się sprawdza - jest rytmiczny, wpada w ucho i ma łatwy do zapamiętania tekst.

Niemniej jednak, przy słowach: "Kto jest mistrzem, mistrzem? Tylko Skra!" PGE Skra Bełchatów odpadła z Ligi Mistrzów w 1/12 finału (ostatni raz miało to miejsce w sezonie 2006/2007).

czwartek, 10 stycznia 2013

Wersja 3D, 48 fps, napisy.

Tym razem krótka, techniczna relacja z drugiego seansu. 

Negatywne opinie o 48 fps są wysoce przesadzone. Muszę się jednak zgodzić, że niektóre ujęcia rzeczywiście przypominały te z "Teatru Telewizji". Obraz jest dużo bardziej szczegółowy - pozwala to na jeszcze dokładniejsze zobaczenie soczewek kontaktowych noszonych przez aktorów;), ale również bardzo wzbogaca drugi plan i tło. Przyzwyczajenie oczu do 48 fps zajmuje co najwyżej minutę - nie mniej jednak, sceny "w ruchu" w trakcie całego seansu wydają się szybsze niż zazwyczaj. Momentami sprawia to wrażenie chaosu. Znakomicie natomiast prezentują się krajobrazy - bardzo szczegółowe panoramy z wspaniale nasyconymi kolorami. 

Źle wypadły natomiast efekty specjalne w niektórych scenach akcji. Szczególnie widoczne było to w ujęciach "sań" Radagasta - wydawały się one wyraźnie odcięte od krajobrazu i niestety przypominało to grę komputerową.

Muszę przyznać, że we "Władcy Pierścieni" urzekły mnie subtelnie oświetlone plany, klimat "innego świata". Cyfrowe nagrania nie oddają już tej magii, a przy szybkości 48 fps jest to jeszcze bardziej widoczne. Jednak czasy taśmy filmowej już minęły, co ma swoje plusy i minusy.

Na koniec: 3D prezentowało się bardzo dobrze - było widoczne, ale nie czułam się nieustannie atakowana z ekranu. Dodatkowo - dostałam okulary;). 

Tagi: film hobbit
00:29, sinnotu
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4